“Pyknę” proces kościelny jak cywilny – czyli kto bogatemu zabroni?

Lato trwa w pełnej krasie. Polskę i Europę przecinają sznury samochodów wypakowanych po brzegi bagażami. Każdy kto może i preferuje aktywny sposób spędzania wolnego czasu wyrywa chwile urlopu aby wypocząć. To także czas na wspólne spotkania, wieczorne grillowanie przy piwie i „nocne rozmowy Polaków”. A jak rozmowy (wśród Polaków) to i tematy o Kościele i to zazwyczaj negatywne. Nie ukrywajmy, większość polskiego społeczeństwa oraz dyskutanci takich spotkań to osoby, których merytoryczna wiedza o funkcjonowaniu Kościoła ledwo dobija do miernej, choć sami uważają, że już samo przyjęcie księdza po kolędzie lub obecność w kościele na niedzielnej Mszy Św. czyni ich doktorami świętej teologii i niekwestionowanymi ekspertami w tematach kościelnych. Niektórzy z nich idą nawet o krok dalej. Wierząc w „moc” swojego potencjału intelektualnego podejmują się prowadzić samodzielnie procesy o stwierdzenie nieważności małżeństwa.
Kilka tygodni temu trafiła do mnie sprawa po przegranym procesie w I instancji. I nic w tym dziwnego, gdyż generalnie ponad 80% spraw trafiający do Supremy-Lex to przegrane procesy w różnych instancjach, z przewagą jednak na instancje I. Sprawa jak sprawa, na pewno nie pierwsza taka i zapewne nie ostatnia, gdyż osób myślących w taki sposób – jeżeli ten proces w ogóle można nazwać myśleniem, trafniejsze byłoby określenie o wybujałej fantazji – można mnożyć na pęczki. Powód po sprawnie i samodzielnie przeprowadzonym rozwodzie cywilnym – rozprawa w okręgowym trwała 5 minut – postanowił rozprawić się z procesem kościelnym. Jak podkreśliła wcześniej jego znajoma, która przekazała powodowi kontakt do naszej kancelarii, gdy on zaczynał proces o nieważność małżeństwa w trybunale metropolitalnym, powód niesiony falami sukcesu oznajmił wszem i wobec: „pyknąłem proces cywilny oszczędzając na adwokacie, to już teraz zupełnie na luzie pyknę kościelny”. Jak pomyślał, tak przeszedł do działania, a właściwie „pykania”. A zaczął od skargi powodowej, czyli „przerobienia” tej z cywilnego na kościelny dodając kilka tzw. pobożnych frazesów. Analizując ją, można dojść do przekonania, iż poza tytułem „skarga powodowa” niewiele miała ona wspólnego z procesem o nieważność małżeństwa. Praktycznie zaczynająca proces wskazywała na wynik jego zakończenia – wyrok negatywny. Powód, przesłanki cywilno-rozwodowe zawarte w skardze, następnie potwierdził w zeznaniach w myśl zasady „tonę, ale aby szybciej to się stało założę sobie na głowę betonowe koło ratunkowe”. Pozwana oraz zaproponowani świadkowie w sprawie też nie próżnowali „dobijając powoda” i zapominając o zasadzie, że „nie kopie się leżącego”. Nie próżnowała również powołana w procesie biegła, podcinając powoda jak i gdzie się da. Po 4 latach instrukcji sprawy, za tak „pyknięty” w procesie materiał dowodowy zabrał się najpierw Obrońca Węzła jadąc po nim jak walcem po świeżo wylany asfalcie. Dzieła dopełnili sędziowie w wyroku liczącym ponad 20 stron, który można obrazowo określić „rzeźnią”.
Zdaję sobie sprawę, że koszty procesów o nieważność małżeństwa dla wielu osób mogą być niemałe, choć przyznam, że zestawiane z jednorazowym kosztem ślubu (wesela) stanowią znikomy procent tego drugiego. Oszczędności w tym aspekcie zazwyczaj prowadzą do wielokrotnie większych strat zarówno materialnych jak moralnych i duchowych. Przegrany proces powoda w I instancji to nie tylko strata paru tysięcy złotych będących kosztami sądowymi. To przede wszystkim strata ponad 4 lat, czasu, który jest bezcenny, którego nie odkupi się żadnymi pieniędzmi, a który nie przyniósł nic. To dalsze trwanie w nieuregulowanej sytuacji sakramentalnej. To nie do naprawienia „zniszczone” środki dowodowe, redukujące pozytywne zakończenie sprawy na poziomie sądu apelacyjnego do góra 5% szans. To wreszcie wielokrotnie większe koszty procesu apelacyjnego (kolejne koszty sądowe, adwokat, dalekie dojazdy na przesłuchania itp.).
Zdaję sobie sprawę, że tymi kilkoma zdaniami refleksji nie zmienię myślenia wszystkich, którzy tak jak powód z przywołanej sprawy, myślą o „pyknięciu” sprawy kościelnej. W końcu tacy musza być, abym i ja dzięki ich „pykaniu” miał co włożyć do garnka – „w końcu kto bogatemu zabroni”. Ufam jednak, że powyższy przykład pomoże choć paru osobom, które zastanawiają się nad „pyknięciem” procesu kościelnego, dobrze przemyśleć sprawę i znaleźć ludzi wysoce kompetentnych, którzy merytorycznie i skutecznie pomogą im przejść przez zawiłe meandry procesu o nieważność małżeństwa.

Może i to Cię zainteresuje...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *