“Fachowcy” rosną jak grzyby po deszczu w myśl słów “żniwo wprawdzie wielkie…”

Wakacje ruszyły już pełną parą, choć na uczelniach wyższych dopiero teraz opada kurz po kończących się egzaminach magisterskich. I choć nie wszyscy dotarli do szczęśliwej mety zwanej „magister”, to nie można zaprzeczyć, iż naszej Ojczyźnie znów przybył zastęp osób z dyplomami ukończenia studiów wyższych. Nie ominęło to również dziedziny prawa, w tym dyscypliny prawa kanonicznego. Z tak kończącym się rokiem akademickim od kilku lat obserwuję pewne zjawisko przypominające jesienny wysyp grzybów po deszczu. Świeżo upieczeni magistrzy prawa kanonicznego, pełni buzującej w szarych komórkach mądrości dają jej upust i zakładają kancelarie świadczące „fachową” pomoc prawną w procesach o nieważność małżeństwa. Na cywilnych studiach
prawniczych mając dyplom magistra zaczyna się dopiero myśleć o 3-letniej aplikacji zakończonej niezwykle ciężkim egzaminem, aby otrzymać prawo wykonywania zawodu adwokata. W kurialnych strukturach kościelnych obowiązują jednak inne zasady, a ponieważ moje posty czytają również ludzie wrażliwi, dla ich zdrowia psychicznego i komfortu duchowego pominę opisy tego, jakie to metody. Na takim gruncie naprawdę nie potrzeba już wiele, aby zakwitły nietuzinkowe „kwiatki” adwokatury kanonistycznej.
Jeden z takich kwiatków trafił mi się kilka tygodni temu, w ramach krótkiej konsultacji z dużego sądu kościelnego w Polsce. W sprawie pojawiły się wątpliwości co do podstaw faktycznych tytułu, z którego jest prowadzona sprawa, a mianowicie wykluczenia potomstwa przez stronę pozwaną (kobietę). W sprawę był zaangażowany świeżo upieczony magister prawa kanonicznego – ze świeżo nabytą adwokaturą kościelną (magisterka rok temu, adwokatura kościelna ten sam rok, sprawa wniesiona również w 2017 r.), reprezentujący powoda. Zazwyczaj poza fundamentalnymi elementami prawnymi składającymi się na symulację, sąd pyta o przesłanki faktyczne w postaci dowodów takiego stanu rzeczy (stosowanie środków antykoncepcyjnych, unikanie lub brak kontaktów intymnych między stronami i wiele innych składowych). W tej sprawie wszystko było jednak na opak. Niby powód i jego świadkowie twierdzili, że pozwana nigdy nie chciała dzieci, że stosowała antykoncepcję, że w aktach sprawy adwokat powoda załączył kilkanaście paragonów z apteki potwierdzających zakup tych środków przez pozwaną oraz wydruki z rachunku bankowego pozwanej kompatybilne z płatnościami kartą płatniczą w aptece. Można by rzec – mocne dowody. Pozwana wręcz przeciwnie, stała na stanowisku, iż nigdy nie wykluczała potomstwa oraz twierdziła, że nigdy nie nabyła żadnych środków antykoncepcyjnych, a co dopiero miałaby stosować je regularnie. Od razu widać, że coś było na rzeczy. Nie można jednocześnie nabywać leków antykoncepcyjnych i ich nie nabywać. Nie można jednocześnie stosować leków antykoncepcyjnych i ich nie stosować. Ponieważ rozmowa była telefoniczna, poprosiłem o zweryfikowanie dokumentacji sprawy, szczególnie o wykonanie skanów wydruków płatności, paragonów włączonych przez adwokata oraz wyciągów bankowych. Apteka, daty, a nawet godziny z minutami zakupu pokrywały się między sobą. Gdyby nie chcieć drążyć sprawy dalej, możnaby dojść do przekonania, że pozwana kłamie w procesie. Jakie było jednak moje zdziwienie, gdy postanowiłem sprawę drążyć dalej i zweryfikować nazwę środka antykoncepcyjnego. Na wszystkich paragonach widniała nazwa: „wapno KUBUŚ”. W pierwszym odruchu chciałem pisemnie poprosić Sąd prowadzący sprawę aby zwrócił się do jednego z Uniwersytetów Medycznych w kraju z prośbą w wydanie opinii jaką skuteczność antykoncepcyjną posiada „wapno KUBUŚ” ale ostatecznie odstąpiłem od tego pomysłu.
Zdaje sobie sprawę, że wiele osób wnoszących sprawę o nieważność kieruje się wyłącznie zasadą „cel uświęca środki”, nieważne jak i jakim sposobem, ale sąd według nich musi dać „unieważnienie małżeństwa”. Takie myślenie u stron jestem w stanie na siłę jeszcze przełknąć. Ale motywów działania adwokata kościelnego, wprowadzającego takie środki dowodowe do sprawy, już nie. Jeżeli indolencja w ocenie środków dowodowych przez pana adwokata jest tak daleko posunięta, że nie potrafi odróżnić „wapna KUBUŚ” od środka antykoncepcyjnego, to tylko „pogratulować profesjonalizmu”. Jeżeli, „zagrał” celowo wobec sądu w ten sposób, to tym bardziej rodzi się pytanie o moralność takiego człowieka w procesach kościelnych. Jak to jednak rzekli mawiać przodkowie „biznes nie zna pustki”, a i naiwnych na taką pomoc prawną nie brakuje, jedno i drugie rośnie jak grzyby po deszczu. Na koniec nie pozostało zatem nic innego, jak skierować odpowiednie pismo procesowe do sprawy, w którym oprócz kwestii merytorycznych i procesowych zamieściliśmy na końcu krótkie życzenia dla powoda i pana adwokata. Powodowi życzyliśmy aby w przyszłości przy wyborze lekarza, mechanika, elektryka i innych fachowców, kierował się takimi samymi kryteriami, jak przy wyborze adwokata kościelnego dla swego procesu. Panu adwokatowi natomiast aby w sytuacji konieczności zastosowania środka antykoncepcyjnego zakupił w aptece „wapno KUBUŚ”.
Ps. I na zakończenie jeszcze mała zagadka. Jak myślicie? Jakim wyrokiem zakończy się ta sprawa?

Może i to Cię zainteresuje...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *