Skok do wody z betonowym kołem ratunkowym – czyli “ja wiem lepiej jak ma przebiegać rozwód kościelny”

https://suprema-lex.com.pl/wp-content/uploads/2017/02/kolo-ratunkowe-giove-solas-63cm-2-5kg.jpg

Ostatnio opuściłem się w pisaniu… Ale trudno się dziwić. Święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, styczeń… to z jednej strony czas wypoczynku, z drugiej nawału pracy w kancelarii. Każdy kanonista dobrze wie, że w okresie styczniowo-lutowym wyjazd na narty raczej nie wchodzi w grę, a ten kanonista, który o tym nie wiem, to raczej słaby kanonista. Nazbierało się kilka spraw ale te o które chciałbym dziś zahaczyć to procesy ze wspólnym mianownikiem „ja wiem lepiej, a ja myślałem, że”. Oczywiście wszystkie, podkreślam słowo „wszystkie”, przegrane w pierwszej, a niektóre nawet w drugiej instancji. Oj lały się łzy, oj wielki był lament… Niekiedy nawet złość, szkoda, że nie na siebie. Weryfikacja dokumentacji w większości z przywołanych spraw pokazuje, że sami zainteresowani pogrążyli proces, choć stan faktyczny sprawy pozwalał wygrać go już za pierwszym podejściem. Widać, niektórzy z wnoszących sprawy do sądów kościelnych od razu zakładają, że nie satysfakcjonuje ich proces kończący się w dwa lata i w pierwszej instancji. Po prostu tak „ukochali” sądową instytucję Kościoła, że minimalny okres trwania sprawy nie powinien być krótszy niż siedem lat z przynajmniej dwoma instancjami. Ktoś powie, że piszę z przekorą, że jestem złośliwy. Absolutnie nie. Ci co przegrali i dostali po uszach trochę się nauczyli ale miałem ostatnio dwa nowe przypadki gdzie zainteresowanych (chcących rozpocząć procesy) odesłałem z kwitkiem. To sami zainteresowani dawali mi szkołę, poprawiali przygotowane przeze mnie skargi powodowe, wręcz udzieli mi lekcji jak powinienem prowadzić ich proces w sądzie kościelnym, bo oni „wiedzą lepiej”. No cóż, nic na siłę, każdy ma prawo prowadzić proces sam lub przy pomocy prawnika. Od tego drugiego – pomijając w tej chwili jego kompetencje i praktykę – zależy jednak, nie tylko proces, ale także to jak przebiega jego współpraca z klientem. U mnie, na początku sprawy, stawiana jest jedna zasada – bezwzględnego posłuszeństwa we wszystkich kwestiach procesu. Bez mojej zgody nie wolno klientowi w procesie nic zrobić. Jeżeli chce zmienić przecinek w piśmie, które przygotowałem, musi skonsultować się ze mną. Jeżeli chce zadzwonić do sądu z życzeniami wielkanocnymi nie wolno mu tego zrobić bez mojej wiedzy. Znów ktoś powie, że przesadzam. Tak. Przesadzam. Ale po to aby chronić proces i klienta. Sprawy kościelne są procesami o szczególnej specyfice i często jeden nieopaczny wyraz, jedno – wydawać by się mogło – błahe pismo do sądu, może pogrzebać wielomiesięczny trud włożony w prowadzenie sprawy. Przypomina to wręcz kuriozalną sytuację, gdy ktoś z tonącego okrętu, chcąc się ratować, wyskakuje z betonowym kołem ratunkowym.

Może i to Cię zainteresuje...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *